Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cykl: Kosmetyki azjatyckie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cykl: Kosmetyki azjatyckie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 marca 2013

| Azjatyckie nowości

z: Poznań

MIZON- Snail Recovery Gel Cream z wyciągiem ze śluzu ślimaka oraz malezyjska GINVERA Green Tea Whitening Marvel Gel. Kosmetyki znane i lubiane, choć tak na prawdę na ich temat można znaleźć różne opinie. Używam ich już ok. 3 tygodni, ale z recenzjami jeszcze chcę poczekać. Gdyby nie obietnice producentów, zapewne już teraz wystawiłabym tym kosmetykom pozytywną opinię. Niestety ich twórcy podnieśli poprzeczkę bardzo wysoko, więc mój werdykt wymaga czasu ;)

No i biżuteria. W rzeczywistości też wygląda całkiem nieźle, zobaczę jeszcze ile mi posłuży ;)

 bransoletka

naszyjnik


To jest z kolei balsam do ust, który po prostu do mnie nie dotarł. Za to zwrócono mi pieniądze, więc niesmak jest tylko połowiczny ;)  To jest 30 gramowa Tutu o smaku summer fruits z witaminą E. Organic and petrolatum & paraben free. Miała któraś z Was tego typu pomadki?

poniedziałek, 18 marca 2013

| Kosmetyki azjatyckie, cz.10: Tint z Tony Moly

z: Poznań
Dzisiaj pora na minirecenzję tintu od Tony Moly. Tinty to barwniki kosmetyczne. Mają płynną, wodnistą konsystencję i mogą być używane na skórę- np. ust lub policzków. Można dzięki nim uzyskać dość trwały kolor, np. pod błyszczyk. To właśnie trwałość ma być ich największym atutem, raczej nie nawilżają i nie odżywiają ust. Co prawda w tym tincie jest zawarty olejek jojoba i stewia, jednak nie wierzę w inne właściwości niż piękny kolor na ustach, który nie schodzi po kwadransie.

Mój tint to Tony Moly Mini Tint #1- Cherry Pink. Jest to minikosmetyk o pojemności 3 ml w małej buteleczce z aplikatorem, jak błyszczyk. Jest to produkt tak wydajny, że jedna mała kropeleczka wystarczy na pokrycie całych ust. Cieszę się, że nie kupiłam całego opakowania :) Kolor można całkiem nieźle wystopniować. Jedyny minus tego tintu to podkreślenie odstających suchych skorek, jeśli mamy bardzo suche usta. Ja właśnie takie mam, a produkt bardzo w nie wsiąka i powoduje, że są ciemniejsze.

Podsumowując, tint Tony Moly to produkt o trwałym, ładnym kolorze, który można z powodzeniem stopniować. Warto kupić miniprodukt aby samemu się przekonać, czy odpowiada nam jego kolor i trwałość. Nie można się po nim raczej spodziewać nawilżenia czy odżywienia ust, od tego są inne kosmetyki. Pełen produkt ma 8 ml i kosztuje ok. 6$. 

Minitint jest naprawdę malutki, ale bardzo wydajny.
 U mnie wygląda to mniej więcej tak:

Niewielka ilość tintu, fot. w sztucznym oświetleniu.
Pełne krycie, oświetlenie dzienne.

poniedziałek, 11 marca 2013

| Kosmetyki azjatyckie, cz. 9: TONY MOLY Petite Bunny Gloss Bar

z: Poznań
Królicze błyszczyki z TONY MOLY są dosyć urocze :) Może troszeczkę dziecinne, ale za to jakie wesołe stanowią urozmaicenie w kosmetyczce. Zamówiłam na próbę jednego króliczka i jestem całkiem zadowolona. Mój kolor to Petite Bunny Gloss Bar #05 Juicy Peach. Ten sztyft jest bardzo mało napigmentowany, prawie przezroczysty. Co prawda można uzyskać większy efekt kolorystyczny kilkukrotnym posmarowaniem ust. Na suchych ustach niestety trochę się zbiera i podkreśla skórki. Podsumowując: króliczki Tony Moly są sympatyczne i całkiem fajne. Niestety za tę cenę znam lepsze produkty do ust (teraz ok 6-7 dolarów, mnie się udało kupić za ok. 4 $). Mimo wszystko nie żałuję zakupu :) Podobają się Wam?




Na filmiku pokazane są kolory 5 i 6: Juicy Peach (mój) oraz Juicy Orange.
 

wtorek, 5 marca 2013

| Kosmetyki azjatyckie, cz.8: Produkty do oczyszczania, cleansery

z: Poznań
Nie będę tutaj truła o tym, jak ważne jest oczyszczanie cery. Że jeśli demakijaż będzie niewystarczający, to nawet najlepszy krem się po prostu nie wchłonie, a z przykrymi niespodziankami na twarzy będzie się trzeba zacząć zaprzyjaźniać. Myślę, że większość z Was jest tego świadoma. Ponieważ zaczęłam używać kremów BB, to postanowiłam bardziej uważać na to, czym oczyszczam twarz. Zresztą, wiele produktów używanych codziennie zawiera silikony (kremy, podkłady itp.) i o ile potrafi się je usunąć, to mogą one zdziałać dla cery więcej dobrego niż złego.
Odczarowanie znienawidzonych silikonów: chronią, wspomagają działanie filtrów UV, wygładzają i tworzą warstewkę zatrzymującą wilgoć. Jedyny problem jest z silikonami nierozpuszczalnymi w wodzie, które trudno zmyć łagodnymi kosmetykami do demakijażu. Tutaj przychodzą nam z pomocą różne specyfiki (oleje, pianki, mydła, żele), tzw. cleansery. Nie jestem ekspertem, ani nawet zaawansowanym użytkownikiem. Ale może właśnie dlatego chciałabym się podzielić minirecenzjami kilku odkryć z rynku azjatyckiego. Kosmetyki te sprawiły, że żaden krem BB mnie nie zapchał, demakijaż jest prosty i szybki, a cera jest nawilżona, czysta i świeża, a nie podrażniona pocieraniem wacikami. Poniższe produkty testowałam z próbek, nie wiem czy ich działanie się zmienia po dłuższym czasie, czy nie. Oto moje trzy typy plus jedno rozczarowanie:


1. Missha, Super Aqua Oxygen Micro Visible Deep Cleanser
Po nałożeniu ma konsystencję żelu, jednak w trakcie masowania twarzy tworzy się pianka. Fajnie pachnie, pozostawia uczucie czystości i świeżości. Niestety miałam tylko jedną próbkę, ale ona wystarczyła mi na kilka razy! Do tej pory jest to mój faworyt. Pojemność: 120 ml, cena: ok.19$ na ebay. Czaję się na jakieś okazje. Myślę, że przy tej wydajności warto.







2. Suiskin, Deep Sea Water Cleansing Liquid.
Kosmetyk dla fanek olejów. Pierwszy raz miałam okazję oczyszczać twarz olejem, nie byłam przyzwyczajona do tego :) Ale całkiem fajnie oczyszcza, nie zakleja cery i ładnie pachnie. Zawiera emolienty i olejki z lawendy, szałwi i rozmarynu.  Jego minusem jest słaba dostępność, nie mogę go znaleźć na ebayu :(. Dostałam próbki z myasia.com, tam ten produkt jest dostępny w cenie 83,65zł (130 ml). Opis.




3. Skin79, O2 Bubble Cleanser. 
Podobnie jak Missha jest to produkt o konsystencji gęstego żelu, który powoli w trakcie rozcierania na twarzy zamienia się w piankę. Ładnie pachnie, dobrze zmywa. Nie wiem, czy lepszy od pozostałych, ale jest marketingowany jako typowy produkt do zmywania kremów BB. Cena: ok. 13$ za 100 ml.







4. Skin Food, Aloe Vera Foaming Cleanser-
Tutaj piszę ku przestrodze- nie kupujcie :) Konsystencja to mydliny, które trudno spłukać. Zachęcił mnie aloes, który ostatnio świetnie mi się sprawdził w maseczce sheet mask. Niestety ten kosmetk jest inny- trudny w użyciu. I nie daj Boże trochę tego czegoś dostanie się do oczu, to nie tylko szczypie, ale wręcz myślałam, że umrę ;) Skinfoody coraz bardziej mi podpadają. Za to cena dość przyzwoita, ok. 9$ za 130 ml.

Uwaga. Takie środki nie nadają się do demakijażu oczu. O czym boleśnie przekonałam się na własnej skórze. Ale od czego są testery?


poniedziałek, 4 marca 2013

| Kosmetyki azjatyckie, cz.7: Oskin Snail sheet mask

z: Poznań
Produkty z filtratem wydzieliny ślimaka nie są w Polsce popularne. W Azji korzystanie z kosmetyków z tym składnikiem jest bardziej naturalne i popularne. Kiedy dowiedziałam się o takim wykorzystaniu śluzu tego zwierzątka, byłam zdziwiona i lekko zdegustowana ;) Później natomiast dowiedziałam się o niesamowitym działaniu tego filtratu oraz o sposobie pozyskiwania, który w żaden sposób nie zagraża ślimakom i nie krzywdzi ich. Wyobraźcie sobie jak delikatną skórę musi mieć ślimak i na jakim podłożu się porusza. Teraz łatwiej jest wyobrazić sobie działanie "ślimaczkowych" produktów: regenerujące, łagodzące podrażnienia, nawilżające, a nawet przeciwzmarszczkowe. Filtrat zawiera dużo alantoiny, kwas hialuronowy, kwas glikolowy, witaminy i inne dobroczynne składniki.

Moje wrażenia:
Bardzo lubię tego typu maseczki, o sheet maskach pisałam już tutaj. Te również mnie nie zawiodły. Materiał z otworami na oczy, nos i usta jest bardzo mocno nawilżony substancją. Nawet po 20-30 minutach na twarzy nie wysycha, maseczką można jeszcze przetrzeć szyję, dekolt i dłonie. Zapach jest ładny i łagodny. Pierwsze wrażenia- wielkie ukojenie, nawilżenie i bardzo przyjemny chłód.

Cena:
Kupiłam na próbę 3 sztuki tych maseczek za 9,34zł (dostawa bezpłatna) na ebayu. Przesyłkę dostałam dziewiątego dnia roboczego po wysłaniu z Korei. Na Allegro widziałam jedną maseczkę Oskin za 12,90 plus przesyłka 6,50 lub 8zł :/ Rozumiem sprzedawanie na Allegro sprowadzonych z Azji kosmetyków (niektórzy nie potrafią kupować przez ebaya lub chcą mieć szybszą przesyłkę, z Polski), ale wielu nieuczciwych sprzedawców zawyża kilkukrotnie ceny żerując na niewiedzy kupujących. 

Polecam :) Mam również krem z filtratem wydzieliny ślimaka marki Mizon- Snail Recover Gel. Po kilku tygodniach używania pewnie też opiszę jego działanie.Co myślicie o produktach z filtratem wydzieliny ślimaka? Używacie lub używałybyście ich?

piątek, 1 marca 2013

| Kosmetyki azjatyckie, cz.6: Skin79 Super Plus Triple Functions BB Cream

z: Poznań
Skin79-Super Plus Triple Functions BB Cream Orange to brat jednego z najpopularniejszych kremów tego typu- Skin79 Hot Pink. Ma jasny, naturalny odcień, nadaje się do cery tłustej i mieszanej oraz suchej. Ten krem ma w składzie 5 witamin i wysoką ochronę przeciwsłoneczną. Pokochałam go od pierwszego użycia.

Opis:
Najnowsze osiągnięcie kosmetyczne firmy Skin79 wśród kremów BB. Nowa ulepszona formuła, jeszcze lepsza ochrona i pielęgnacja! Zawarte w kremie ekologiczne, roślinne składniki zapewniają skórze gładkość i elastyczność, dzięki kontroli poziomu nawilżenia i wydzielania sebum. Dodatkowo 5-V (Vital-V Complex), w którego skład wchodzą witaminy A, E, C oraz F pielęgnują, dodając skórze blasku i witalności.
Jeszcze lepsza, szybko absorbująca się formuła zapewnia świeże, matowe wykończenie. Wysoki filtr SPF 50 chroni skórę przez 365 dni w roku.  



Zalety:
- krycie jest dokładnie takie jakiego oczekuję od kremów BB- wyraźnie kryje niedoskonałości, lekkie naczynka itp., a nie tworzy przy tym efektu maski,
- konsystencja- kremowa, nie jest gęsta ani tępa, szybko się ją nakłada, co tak lubię w porannym makijażu, 
- bardzo wydajny, nie trzeba nakładać dużej ilości, aby uzyskać optymalne krycie,
- podobno ma mieć matowe wykończenie, ale tak na prawdę jest to
lekko satynowy
mat
, skóra  nie świeci się mocno, ale wygląda na zdrową, nawilżoną. Mimo wszystko i tak utrwalam delikatnie makijaż pudrem sypkim,
- jego odcień jest genialnie naturalny. Szukałam odpowiedniego koloru- nie wpadającego w róż, żołć lub pomarańcz ani trupią szarość. Odcień tego kremu określiłabym jako jasny beż z ciepłym odcieniem.  (niektórzy uważają, że żółtym, jednak na twarzy nie wygląda żółto ani pomarańczowo). Będzie idealny dla jasnej cery,
- na plus jest skład tego kremu: wysoka ochrona przeciwsłoneczna (SPF 50 i PA+++) oraz witaminy,
- działanie przeciwzmarszczkowe,
- nie jest komedogenny, czyli po prostu nie zapycha porów, jest polecany dla cer tłustych. Co prawda słyszałam, że potrafi zapchać, ale myślę, że to mogły być osoby źle oczyszczające twarz lub o wysokich skłonnościach cery do zapchania. Niestety trzeba sprawdzić samemu.
- fantastyczne opakowanie
, ładne i wygodne w użyciu, aż chętnie się z niego korzysta :)

- pompka, w odróżnieniu od Lioele Beyond The Solution, pozwala na kontrolę wyciskanego produktu,
- przyjemny, bardzo delikatny
zapach. 


Wady:  
Chociaż używam go już kilka dobrych dni, nie zauważyłam jego wad. Nie wysusza mi cery, mimo iż są osoby narzekające na to. Stosuję go na krem nawilżający (czasem położony na żel hialuronowy 1% z Biochemii Urody). Osobom z tłustą cerą poleca się go stosować na twarz bez kremów. Jak pisałam wyżej, w niektórych przypadkach może zapychać. Również nie zauważyłam nic w tym guście. Jeżeli po dłuższym czasie używania zauważę jakikolwiek "skutek uboczny", działanie niepożądane lub wadę Skin79 orange- obiecuję dopisać je w tej rubryce. 

Podsumowanie: 
Dla mnie ten krem jest na razie obok Misshy Perfect Cover numerem jeden. Chociaż miałam wiele oczekiwań co do kremów BB, Skin79 łączy wiele pożądanych przeze mnie cech: szybko się nakłada, ma bardzo naturalny kolor zbliżony do mojego odcienia cery, nie ciemnieje w ciągu dnia, nie ściera się, nie tworzy efektu maski, ładnie kryje ale ma kremową, niegęstą konsystencję, no i posiada wysokie filtry przeciwsłoneczne.  

Missha Perfect Cover #21, Skin79 Orange i Lioele Beyond The Solution
Zdjęcie jest robione telefonem i nie oddaje może realnej kolorystyki, ale jest to dla Was porównanie odcieni. Lioele Beyond jest trochę za ciemny dla jasnej karnacji. Na skórze robi się jak gdyby pomarańczowawy. Missha Perfect Cover #21jest naturalna, nie ma dziwnych podcieni i nadaje się do jasnej karnacji. Posiada cztery odcienie do wyboru, które możecie zobaczyć TU. W środku natomiast jest Skin79 Super Plus Triple Functions, o którym tu mowa. Jak widać jest jasny, słoneczny, świetlisty, ale na skórze absolutnie nie jest żółty.  

poniedziałek, 25 lutego 2013

| Kosmetyki azjatyckie, cz.5: Missha Perfect Cover BB cream

z: Poznań
Kolejnym kosmetykiem, który przetestowałam jest krem BB- Missha Perfect Cover #21. Od razu chcę zaznaczyć, że jest to najlepszy krem BB z dotychczas przeze mnie opisanych, ma więc spore szanse na zagoszczenie w mojej kosmetyczne na dłużej. A oto dlaczego:

 Plusy:
  • dostępny w czterech wariantach kolorystycznych:
  • #13 - mleczny beż,
    #21 - jasny beż,
    #23 - naturalny beż,
    #31 - złocisty beż.
    Są one bardzo naturalne (przynajmniej mój, 21), nie posiadają niezdrowego szarego ani żółtego podtonu. Z moim bladym odcieniem cery trudno uzyskać naturalny efekt, tak więc jestem szczęśliwa, że od razu trafiłam na nr 21.

  • zapewnia dobre krycie, wyrównuje niedoskonałości. Mam cerę trochę naczynkową, więc bardzo doceniam lekkie (ale nie w 100%) zakrycie zaczerwienień, bez efektu maski, 
  • ma kremową, dość lekką konsystencję, co sprawia, że łatwo i szybko się go nakłada. Nie lubię długo wklepywać kremów BB, miejsce po miejscu,
  • delikatny, ładny zapach,
  • dostępny w tubkach 20ml i 50ml.  
  • wysoki filtr SPF42, PA +++, chroni przed promieniowaniem słonecznym,
  • rozjaśnia cerę (dla niektórych może to być minus :)
  • ma właściwości nawilżające i przeciwzmarszczkowe,
  • trwały, nie roluje się, nie spływa
Minusy:
Raczej nie zauważyłam :) Nadaje się do wszystkich typów cery, ale i tak trzeba go lekko przypudrować, zwłaszcza przy cerze tłustej. Ja mam suchą, ale i tak zawsze lekko utrwalam makijaż sypkim pudrem. 
Ma też sylikony, które trzeba odpowiednio usunąć przy demakijażu, inaczej może działać zapychająco.

Podsumowanie:
Bardzo dobry krem, stanowi świetną alternatywę dla podkładu. Brak różowych, żółtych czy ziemistych tonów. Chroni przed słońcem, zapobiega zmarszczkom (myślę, że chociażby dzięki wysokim filtrom), nawilża, łatwo się rozprowadza i ładnie, naturalnie wygląda, a przy tym ładnie kryje. Tego właśnie szukałam w kremach BB. Próbuję dalej, ale na 80% kupię pełnowymiarowy kosmetyk :) 

sobota, 23 lutego 2013

| Kosmetyki azjatyckie, cz. 4: Maseczki Beauty Friends

z: Poznań
 
Tak zwane maseczki "sheet mask" to uwielbiane na Dalekim Wschodzie kosmetyki. U nas są zdecydowanie mniej popularne, jednak w sieciowych drogeriach zawsze znajdzie się jakąś maskę tego typu, najczęściej z kolagenem. Czasem też z takich korzystam, tym razem jednak wybrałam maski producenta koreańskiego. Jeśli jeszcze nie spotkałyście się z sheet maskami, to wyjaśnię tylko, że jest to bawełniana płachta nasączona różnymi substancjami odżywczymi, nawilżającymi i innymi składnikami aktywnymi, które w tej formie lepiej się wchłaniają niż tradycyjne, kremowe maseczki. Nakłada się ją na twarz na ok. 20 min., po czym wyrzuca, a pozostałość delikatnie rozsmarowuje na twarzy.  Ja wybrałam dla siebie trzy typy: aloesową, kolagenową oraz z zieloną herbatą. Oto moje recenzje:


Maseczka z ekstraktem z aloesu. Działanie: przeznaczona do skóry wrażliwej. Regeneruje i nawilża uszkodzony naskórek. Dzięki zawartość aloesu łagodzi podrażnienia i koi skórę pozostawiając uczucie komfortu. Świetnie wygładza i napina skórę czyniąc ją piękną i zdrową.
Moje odczucia: Pierwsze wrażenie: uczucie ulgi, chłodu i odprężenia. Substancja na maseczce nie jest kleista, z czym się spotykam czasem podczas używania maseczek drogeryjnych. Dlatego czuć, że substancja dobrze się wchłania, a nie zapycha. Przyjemnie, łagodnie pachnie. Właściwości nawilżające czuć zarówno podczas stosowania maski, jak i długo po jej ściągnięciu. Dodatkowo skóra wygląda na rozświetloną, lekko napiętą.
 

Maseczka kolagenowa. Działanie: została stworzona aby głęboko nawilżać i poprawiać wygląd skóry jednocześnie działając przeciwzmarszczkowo. Maseczka oczyszcza i nawilża skórę pozostawiając ją gładką i delikatna.
Moje odczucia: Zapach mniej przyjemny niż maski aloesowej, trudny do określenia. Uczucie nawilżenia jest dużo mniejsze. Co prawda odczucia podczas założonej maseczki są przyjemne, jednak nie utrzymują się na dłużej. Moim faworytem pozostaje aloesowa :)



Maseczka z ekstraktem z zielonej herbaty. Działanie: nie dopuszcza do fotostarzenia się skóry poprawiając jej kondycję i wygląd cery. Ponadto jest bogata w antyoksydanty, które chronią skórę przed szkodliwym działaniem zanieczyszczeń i wolnych rodników.
Moje odczucia: Superukojenie skóry twarzy, delikatny, przyjemny zapach, ładny wygląd cery po zastosowaniu, nawilżenie.

__________________________________________________________________________

Mój patent: Zamiast od razu wyrzucać maskę po użyciu, wetrzyj pozostałość płynu w szyję, dekolt, ręce i dłonie.

Podsumowanie: Najlepsze maseczki, jakich do tej pory używałam. A używałam dużo :) Nie kleją się, czuć, że substancje wnikają wgłąb skóry, a nie zaklejają jej powierzchnię. W dodatku efekty są odczuwalne i zauważalne gołym okiem. Jeżeli szukacie ukojenia i efektów zauważalnych po jednym użyciu, polecam maski z Beauty Friends. Oczywiście przetestuję również inne marki i jeśli znajdę coś jeszcze lepszego, to z pewnością zdam Wam relację i polecę je na blogu.
___________________________________________________________________________

 Fot. myasia.pl. Tam też kupiłam maseczki, zanim odkryłam ebay z całym jego bogactwem wyboru oraz bezpłatnymi przesyłkami :)

A Wy znacie sheet maski? Jakie marki lub składniki polecacie?

fot. artwordstyle

czwartek, 21 lutego 2013

| Kosmetyki azjatyckie, cz. 3: LIOELE Dollish Veil Vita BB cream

z: Poznań
Dzisiaj opiszę sprawdzony przeze mnie krem BB Lioele Dollish Veil Vita. Byłam go bardzo ciekawa, ale jednocześnie po porażce doznanej podczas testów innego kremu BB tej marki obawiałam się, że może jednak być podobnie. Czy nie rozczarowałam się? Zaraz się dowiecie. Następnym natomiast z serii testowanym przeze mnie kosmetykiem z Azji będą maseczki typu sheet mask. Tymczasem zapraszam do poznania Dollish Veil Vita i moich spostrzeżeń na temat tego kremu BB.


Lioele Dollish Veil Vita to krem przeznaczony do każdego typu skóry, posiada dwa odcienie (fioletowy i zielony), które dzięki mikrokapsułkom dopasowują się do kolorytu cery. Posiada witaminy i filtry przeciwsłoneczne.

Zalety:
- lekka, niegęsta konsystencja,
- naturalny wygląd bez efektu maski, nie podkreśla suchych skórek, wągrów itp.
- witaminowy skład: witamina A (Retinol), B5 (Pantenol), C (Ascorbyl Glucoside), E (Tocopheryl Acetate), F (Tocopheryl Linoleate), H (Biotin).
- dostępny w dwóch wersjach kolorystycznch: Gorgeous Purple - Light Beige (ten testowałam ja) oraz Natural Green - Natural Beige.
- filtr SPF25 i PA ++ (niby standard w kremach BB, ale np. Lioele Beyond The Solution ich nie posiada)
- może być używany jako baza pod makijaż, jeśli potrzebujecie mocniejszego krycia,
- delikatny zapach (co prawda lekko mydłowaty jak Beyond, jednak nie tak narzucający się)

Wady kremu:
- zapewnia dość słabe krycie. Generalnie nie jest to wadą, jednak dla mnie bardziej odpowiednie jest krycie średnie. Polecam dziewczynom bez przebarwień czy innych kolorystycznych niespodzianej skórnych ;) Lub jako bazę pod podkład.
- kolor długo dopasowuje się do odcienia cery. Odcień Georgous Purple to biało-fioletowy krem, który dopiero po aplikacji na skórę twarzy powoli staje się ciemniejszy i przybiera bardziej naturalny odcień.
Jeśli więc chcecie szybciutko nałożyć krem i wybiec na autobus- nie polecam :)

 
Podsumowanie:
W porównaniu do innego kremu BB od Lioele, który testowałam (Beyond the Solution), Dollish przedstawia się dużo bardziej pozytywnie. Nie tworzy maski, dużo łatwiej się nakłada, naturalniej wygląda, lepiej pachnie, ma filtry przeciwsłoneczne, witaminy. Polecam wszystkim dziewczynom, które nie mają przebarwień skórnych, potrzebują czegoś lekkiego do wyrównania kolorytu. Moja ocena 3,5- 4 na 5. Szukam dalej :)





Macie może ten kem? Jak wrażenia?
Niebawem u mnie recenzja kremów BB Skin79 Super+ Triple Functions Orange oraz... dam kolejną szansę marce Lioele. Zobaczymy, jak sprawi się u mnie Triple The Solution, brat Beyonda.

środa, 20 lutego 2013

| Kosmetyki azjatyckie, cz.2: Lioele Beyond The Solution BB cream

z: Poznań
Opowiem Wam krótko o moich doświadczeniach i odczuciach związanych z popularnym Lioele Beyond The Solution BB Cream- moim pierwszym pełnowymiarowym kremem BB. Od razu chcę zaznaczyć, że wiele dziewczyn ten kosmetyk chwali, mnie jednak chyba nie do końca jest on pisany. Prawdą jest, że jeśli nie przetestujesz go na własnej skórze, to trudno spodziewać się u siebie efektów, jakie dał na czyjejś. Natomiast jeśli masz skórę suchą, naczynkową lub normalną i chcesz się dowiedzieć jak w moim przypadku na takiej cerze zadziałał: zapraszam do lektury.


Obietnice i specyfikacja producenta:
Tworzy naturalny i czysty przejrzysty odcień skóry poprzez dopasowanie się do niej. Możesz szybko wykonać makijaż, ponieważ nie wymaga stosowania bazy ani podkładu. Zawarte w składzie bisabolol, wyciąg z lukrecji oraz alantoina działają kojąco oraz łagodząco, olej jojoba, olej makadamia, kwas hialuronowy oraz kolagen morski zapewniają skórze miękkość i nawilżenie.

Plusy:
- długo się zastanawiałam nad nimi. Naprawdę chciałabym go za coś pochwalić. Od strony estetycznej- ma nienajgorsze opakowanie :)
 - zawarte składniki, których dobroczynności nie dane mi było jednak do końca doznać. Niestety nie będę się poświęcać i używać go kilku tygodni.
- nie wysuszył skóry, jednak komfortem i efektem nawilżenia tego efektu nie mogę nazwać
- cena: ok. 12 $

Minusy: 
- pompka. Dla mnie wygodniej byłoby dozować krem bez niej, choć wiem że ma swoich zwolenników. Czy Wy też nie potraficie zapanować nad tym, ile produktu się wydostanie? Krem wyciska się dopiero po pełnym naciśnięciu pompki (nie wypływa w trakcie naciskania), co skutkuje w moim przypadku zbyt wielką ilością kremu na dłoni.
- zapach- rzadko kiedy nie podobają mi się zapachy kosmetyków. Ten jest intensywny i przypomina mi stare mydło z dzieciństwa,
- konsystencja jest gęsta, długo się nakłada. Wklepywałam go na czystą skórę, na skórę z kremem nawilżającym i wciąż nie uzyskałam efektu dopasowania się do skóry. Kolorystycznie niestety też. Na mnie wygląda trochę pomarańczowo i  maskowato. Po wyciśnięciu jest beżowy, więc miałam nadzieję na nierzucanie się w oczy i neutralny, dopasowany koloryt.
- u mnie się po prostu świeci, jest taki trochę oleisty, nie obywa się bez przypudrowania,
- brak filtrów przeciwsłonecznych, które mogłyby go według mnie bronić w porównaniu z podkładami. Obecnie używam Maybelline Affinitone 03. Na twarzy wygląda naturalniej i nie tworzy maski.

Kilka dołączonych gratisów:


1. Missha, The First Treatment Essence, Time Revolution
2. Missha, Super Aqua, Oxygen Micro Visible Deep Cleanser
3. Skin Food, Aloe Vera Foaming Cleanser
4. Tony Moly, Egg Pore Nose Pack, plasterek na wągry

Szczególnie cieszę się na wypróbowanie produktów oczyszczających, ponieważ przede mną wybór odpowiedniego kosmetyku, który poradzi sobie z usuwaniem zanieczyszczeń i kremów BB. Ciekawa jestem też słynnego "jajka"z Tony Moly, o którym dużo słyszałam. Podobno usuwa zaskórniki i oczyszcza pory. Próbowałyście już?

Przyznam od razu, że zakup Lioele był z mojej strony nie do końca przemyślany. Co prawda trochę o nim czytałam, jednak skusił mnie odcień i efekt kryjący, dopiero później zorientowałam się, że on nie posiada filtrów przeciwsłonecznych. No cóż.Wraz z nim zamówiłam także pomarańczowego Skin79, mam nadzieję, że ten krem będzie troszkę bardziej trafiony ;-)

A czy Wam zdarzyła się jakaś wpadka z kremem BB, na przykład tester Wam odpowiadał, a produkt pełnowymiarowy okazał się na dłuższą metę niewypałem? Chętnie dowiem się też, jak Wam się podoba Beyond, jeśli miałyście okazję z niego korzystać?

poniedziałek, 18 lutego 2013

| Seria: Kosmetyki azjatyckie, część 1, Skin Food Agave Cactus BB cream

z: Poznań
Witajcie :) Dzisiaj chciałabym zapoczątkować na blogu serię postów z recenzjami azjatyckich hitów kosmetycznych. Ten post jest zapowiedzią serii, a jednocześnie recenzją pierwszego produktu: kremu BB znanej koreańskiej marki SKINFOOD- Agave Cactus Sun BB Cream. Jest to dla mnie pierwszy krem BB, który testowałam. Posiada filtry przeciwsłoneczne, ma nawilżać i chłodzić, a także łagodzić podrażnienia. Dodam tylko, że korzystałam z próbki 2ml, która wystarczyła mi na 2 aplikacje.

O kremie:
- konsystencja jest dosyć gęsta
- kolor nie jest zbyt jasny, ale dla mojej karnacji był w porządku, nie wyróżniał się mocno, nie był mocno żółty na twarzy, czego się obawiałam. Jednak chyba będę szukała bardziej odpowiedniego odcienia. (z Agave Cactus są 2 odcienie, ale ja nie wiem, który otrzymałam :/, po angielsku jest tylko opis),
- moim zdaniem wymaga lekkiego przypudrowania, na zdjęciu poniżej użyłam trochę pudru sypkiego,
- utrzymuje się na twarzy cały dzień (testowałam go w weekend, więc nie było to 6:00-17:00)
- ma średnie krycie, wyrównuje koloryt cery,
- jak widać na zdjęciu, drobne niedoskonałości wymagają korektora,
- nie zauważyłam obiecanego efektu chłodzącego.

Plusy:
- zdecydowanie wielkim plusem jest filtr przeciwsłoneczny SPF 36 oraz chroniący przed promieniami UVA PA +++. Dla porównania nawilżający krem na dzień, którego obecnie używam posiada tylko filtr SPF8,
- naturalny wygląd, nie tworzy efektu maski,
- nie znika z twarzy w ciągu dnia,
- nie roluje się.

Minusy:
- nie zauważyłam jakichś minusów. Natomiast dla innych może to być np.: średnie krycie (dla osób z niedoskonałościami skóry), brak obiecanego efektu chłodzącego,
- słaba dostępność.

Cena: próbki dostępne np. na allegro i na ebay (tutaj cena ok. 16$.)


 Oto efekt, przepraszam za jakość zdjęcia.

Moja próbka
 Zdjęcie pełnowymiarowego produktu, 40ml.

Podsumowanie:
Całkiem przyzwoity krem BB. Wyrównujący koloryt cery, nie powoduje świecenia, wystarczy po aplikacji przyprószyć pudrem sypkim. Długo utrzymuje się na twarzy i chroni przed promieniowaniem słonecznym.

Jako że to mój pierwszy, nabrałam apetytu na odkrywanie innych kremów, o których na pewno tutaj napiszę :) Jeżeli więc  interesują Was kosmetyki azjatyckie, zapraszam do obserwowania artwordstyle :)